Pamiętam tamten dzień bardzo dokładnie. Była w nas jednocześnie ekscytacja i strach. Jechaliśmy we czwórkę podpisać dokument, który całkowicie zmieniał nasze życie – kupno domu i przeprowadzka 100 km od mojej rodzinnej miejscowości. Pamiętam milion pytań w głowie. Kalkulowanie wszystkiego po sto razy, a co jeśli noga nam się powinie? Co jeśli nie damy rady z różnych powodów?
Dziś mija rok i uśmiecham się do tamtej Kasi, żeby dodać jej otuchy. Zupełnie nie wiedziała, co ją czeka i jak bardzo życie może zmienić się w ciągu roku. Powiedziałabym jej tylko: „Będzie ciężko. Nawet bardziej, niż sobie wyobrażasz, ale będzie warto”. Przez ostatni rok żyliśmy, jak w kołowrotku, biegając, robiąc mnóstwo rzeczy na raz. Karol przez pół roku mieszkał tutaj i remontował, a ja zostałam z chłopcami w naszym poprzednim miejscu. Weekendy, ferie, dni wolne wyglądały zupełnie inaczej niż kiedyś – nie było wakacji, wyjazdów, pakowaliśmy kartony, robiliśmy tabelki w exelu, podejmowaliśmy decyzje, dużo liczyliśmy, szliśmy na kompromisy. Deadlinem zakupu domu i przeprowadzki był tak naprawdę rok szkolny – ukończenie zerówki i III klasy u starszego, zdecydowaliśmy jednak, że wydarzy się to nieco szybciej, w połowie roku (mój mąż optymistycznie sądził, że uda się w grudniu).
Wtedy, rok temu nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo zmienię się ja oraz nasze życie, bo decyzja nie dotyczyła tylko mnie. Z perspektywy czasu mam wrażenie, że najtrudniejszy remont wcale nie dotyczył tego domu, on wydarzył się gdzieś we mnie. Przez ostatnie lata uczę się odpuszczać rzeczy, których wcześniej trzymałam się kurczowo, przestałam sądzić, że wszystko musi wyglądać idealnie, że muszę wszystkim udowadniać, że sobie radzę, ciągle muszę pędzić, odhaczać cele, dążyć do nowych miejsc, podróżować, jak szalona… ja w zasadzie nic nie „muszę”.
Chyba dlatego ten dom od początku był czymś więcej niż adresem, to nie ściany sprawiły, że zaczęłam czuć spokój, tylko decyzja, że chcę budować życie trochę inaczej niż do tej pory. I poczułam to dopiero niedawno, gdy przestałam walczyć z tym, czego już nie zmienię, a zaczęłam dostrzegać to, co naprawdę mam, a co czasami nam umyka…
Dzisiaj nadal wiele rzeczy jest nieskończonych. Nie mamy odświeżonej i naprawionej elewacji, sporo rzeczy w domu ma status „zrobimy kiedyś”, ogród jest nadal nieco dziki, w garażu leżą rzeczy, które musimy uporządkować i wywieźć. Jeszcze rok temu bardzo by mi to przeszkadzało, dzisiaj już nie. Dziś wiem, że na wszystko przyjdzie kolej i że życie po prostu się toczy, więc po co się tak spieszyć? Nic nie ucieknie. Życie jest tu i teraz, życie jest gdy dzieci jeżdżą na rowerze z kolegami, życie jest, gdy wieczorem malujemy w ogrodzie obrazy na płótnach, życie jest gdy jedziemy nad wodę, gdy wychodzimy na 5 minut do sąsiadów i wracamy po 2 godzinach…
Bardzo długo myślałam, że ma być idealnie, choć kupując ten dom wiedziałam, że idealny nie jest. Zrozumiałam, że dom nie musi być skończony, żeby można było poczuć, że jest się u siebie. Może właśnie dlatego tak często wracam do słów „tak miało być”, każda decyzja, zakręt i trudniejsze doświadczenie zaprowadziły nas właśnie tutaj. I dziś, pół roku po przeprowadzce, a rok po zakupie, wiem jedno – w tym momencie nie zamieniłabym tego miejsca na żadne inne, bo pierwszy raz od bardzo dawna czuję, że powoli wracam do siebie.


