Jeszcze kilka lat temu, wydawało mi się, że ciągle trzeba gdzieś biec. Robić więcej, szybciej, lepiej. Odhaczać kolejne zadania z niekończącej się listy zadań, wyznaczać nowe cele, planować kolejne podróże. Potem życie zaczęło pokazywać mi, że to, co najważniejsze, dzieje się gdzieś pomiędzy tym wszystkim. Między poranną kawą wypitą bez pośpiechu. Między wyjściem na spacer z dziećmi. Między szumem drzew i śpiewem ptaków. Między stronami dobrej książki. Między chwilą ciszy, kiedy próbuję usłyszeć spokój w głowie.
Nie oznacza to, że przestałam mieć marzenia, planować kolejne działania. Nadal rozwijam swoją firmę, pracuję nad nowymi projektami, próbuje zgrać work life balance.
Zakup domu w lipcu zeszłego roku trochę mnie uziemił, sprawił, że zaczęłam inaczej myśleć, patrzeć bliżej, na to, co już mam w swoim życiu, a nie to za czym gonię.
Coraz częściej wybieram drogę, na której jest miejsce też na proste życie. Uczę się, że nie wszystko trzeba robić natychmiast. Nie każda chwila musi być produktywna. Nie trzeba ciągle biec, nie ma żadnego wyścigu. Ciągle ścigamy się sami ze sobą, zapominając, że to co ważne jest tu i teraz.
Coraz bardziej doceniam zwyczajne momenty. Bo wcale nie potrzebujemy tych wielkich momentów, nie musimy ciagle czekać na chwile, które sprawią, że będziemy szczęśliwi. Trzeba to szczęście czerpać z tych małych, codziennych momentów, łapać każdą drobnostkę, która sprawia, że czujemy się lepiej, dostrzegać życie, które nas otacza.
Może ktoś powie, że to naiwne, że życie nie jest takie proste. I będzie miał rację. Nie jest. Ale właśnie dlatego chcę świadomie wybierać to, na czym mi zależy. Trudności będą zawsze, z tych różnych chwil składa się życie. Pytanie tylko, czy obok nich zauważymy też śpiew ptaków, docenimy ciepłą kawę na tarasie.
Ja chcę je zauważać. I chcę, żeby było ich w moim życiu coraz więcej.
A Ty? Co ostatnio sprawia, że zwalniasz choć na chwilę?


